Przyziemności.
Niedospanie. Jeżeli ktoś kiedyś umarł od ilości kofeiny w organizmie, to zapewne mnie się też to w najbliższym czasie przytrafi. Jeśli nie – prawdopodobnie będę pierwsza. I ciągle mi mało, i ciągle mi sennie, i wciąż brakuje dwunastu do dwudziestu czterech godzin w dobie. Bo moja zdecydowanie powinna mieć w granicach 36-48.
Aspołeczność. Jeśli by uznać, że jest chorobą, to ja mam przewlekłą. A w ostatnim czasie obserwuję to coraz wyraźniej. Po raz kolejny. I co z tego, że z Leną albo Justyną się spotkam raz na czas jakiś, że na uczelni z ludźmi rozmawiam, że na piwo dziś idę z dziewczynami z liceum. Są rzeczy, których nie widać. Ani na pierwszy rzut oka, ani nawet, jeśli by się dokładniej przyjrzeć. I tak jest z tą moją aspołecznością. Co z tego, że wychodzę do ludzi, kiedy czuję, że to wszystko jest takiej powierzchowne, że i bez tego dałabym radę (mam co robić – uczyć się trzeba), że – najważniejsze – i tak się nie potrafię otworzyć, za dużo tłumię w sobie, Zauważyłam, że w moim życiu istnieją tematy tabu. I jest ich mnóstwo. Nie rozmawiam o miłości (za cyniczna jestem, lepiej unikać), o najgłębiej zakorzenionych we mnie marzeniach, o tym, „co potem”. Bo mam wrażenie, że jeśli skończę te studia, to nie pozostanie mi nic innego, jak stanąć na środku ulicy, rozłożyć ręce i się rozpłakać. Bo co z tego, że wiem, co bym chciała robić, kiedy brakuje mi siły przebicia, talentu i ogólnie „tego czegoś”. I wiary we własne siły na dodatek . Że nie wspomnę o tym, że żeby do czegokolwiek w życiu dojść, powinnam mieć silniejszą psychikę. I tu klops. I zawód za zawodem. I wiem, co mnie czeka. A ta świadomość mnie zabija.
Tęsknienie. Nałogowe. Za wszystkim. Za uśmiechem, włosami, dzieciństwem, czasami podstawówki albo liceum. Za ludźmi, którzy byli, a losy potoczyły się jakoś tak, że już ich nie ma w moim życiu. Za spontanicznością. To chyba przede wszystkim. Jakby nie było, kalendarz nie tylko pomaga w pamiętaniu o rzeczach najprzeróżniejszych, ale w pewien sposób także ogranicza. Za pisaniem, Za chwilami, które już były i nigdy nie wrócą. Przynajmniej w dokładnie takiej samej formie. Za czasami, kiedy nie byłam jeszcze aż tak okropnie cyniczna. Za tym, na czym kiedyś mi zależało. Za ambicjami. Bo mam wrażenie, że jakieś trzy lata temu schowałam je do butów, które już dawno wyrzuciłam.
Próby dookreślenia muzycznego. Czy udane – trudno powiedzieć. Chyba wychodzę z założenia, że „tekściarze”, to, jakby nie było, ludzie dużo ode mnie inteligentniejsi. I że potrafią powiedzieć ładnie, używając odpowiednich metafor, to, co ja bym zwyczajnie zbanalizowała. Bardzo mi przykro, nie jestem
Arilyn (chociaż bym chciała – Ona przynajmniej coś w życiu stale osiąga), nie potrafię jakoś tak poetycko, nawet prozę porzuciłam z uwagi na swój kolokwialny język, naiwność i banalność. Nie jest dobrze myśleć, że „może mi się uda”, kiedy nic na to nie wskazuje. To niezdrowe. Zwłaszcza przy mojej psychice.
Próby zagłuszenia, zdeptania w zarodku jeszcze, myśli. M. in. też pośrednio przy użyciu muzyki. To nie przypadek, że słucham My Chemical Romance, Nightwisha, Comy, Evanescence i takich różnych. Owszem, pasują mi teksty. Owszem, cenię rytmikę, którą notabene uwielkbiam. Ale w gruncie rzeczy chodzi też o to, że ta muzyka jest zwyczajnie głośna. Bo na Stare Dobre Małżeństwo, Turnaua czy nawet Maroon 5 muszę mieć nastrój. Co mi się zdarza potwornie rzadko ostatnio, niestety.
I nieustanne próby odnalezienia siebie w sobie. Bo chyba już nie wiem, kim jestem. Bo nie potrafię określić, czego tak naprawdę potrzebuję do szczęścia. Bo mam wrażenie, jakbym była schizofreniczką. Jakby istniała prawdziwa Edyta i obok niej, równolegle, Will. Za często mam wrażenie, że to, o czym piszę tutaj, jako Will, tak naprawdę nie dotyczy mnie. Jestem dla siebie kompletnie obcą osobą.
Za dużo prób, za mało widocznych efektów, tak mi się zdaje.
2008-01-11 11:55:32 skomentuj (5)
Udaję, że doganiam czas.
Ładnie. Coraz częściej sobie patrzę na ten świat i myślę, że piękny jest. Nawet w moim wydaniu małomiasteczkowym. Za oknem mam połyskujący śnieg i masę promieni słonecznych. Paradoksalnie. I co z tego, że termometr wskazuje minus sześć, a temperatura odczuwalna jest dwa razy niższa. Mogę sobie usiąść przed komputerem, wypić gorącą czekoladę i odpocząć. Tak po prostu. I robić nic. I nic nie robić. I się lenić.
Kończę maturalną. Zdumiewające, jak potrafię się zmobilizować, kiedy chodzi o zarobek. Dwa – trzy dni mi to zajęło. Planuję dziś doszlifować i zamknąć ostatecznie. A potem już tylko, wydruk, płytka i kilkadziesiąt złotych w kieszeni. Przydadzą się. W perspektywie Nowak. I klasyczna złowrogo spogląda z najwyższej półki. A ja się biję z myślami. Odpuszczać sobie teraz czy nie odpuszczać, odpuszczać, czy nie odpuszczać...? I nie wiem. Chyba się pogubiłam. Chyba już nie wiem, co jest moim priorytetem. Chyba powinnam coś z tym zrobić. Ale chyba mi się nie chce. Niech będzie jak jest, niech się dzieje, co chce, przecież i tak, jak mi na czymś zależy, to dupa blada zawsze z tego wychodzi. Więc może faktycznie nie powinnam się niczym przejmować i liczyć, że się ułoży.
Daję upust swojej pedantyczności. Układam, nazywam, kataloguję, wywalam. Muzykę, zdjęcia, ubrania. Wszystko. Tylko nie swoje życie. Do tego jeszcze chyba nie dorosłam. Zaczynam od podejmowania mniejszych decyzji. Czego chcę słuchać, w co się ubierać, co do mnie pasuje, a co nie, które zdjęcia są warte trzymania na dysku. I czuję się, jak niezdecydowana trzynastolatka, która nie wie, czego chce. A chyba w tym wieku już powinnam. Bo „dzieścia” zobowiązuje. A do tego czasu zostały mi raptem trzy miesiące.
I tęsknię do pisania. Że nie mam czasu – to jedno. Trafne usprawiedliwienie. Ale uświadomiłam sobie, że nie tylko o to chodzi. Boję się zawodu. Bo nie jestem pewna, czy jeszcze potrafię. Bo co z tego, że się ma „jakiś” warsztat, kiedy w pewnym momencie przestaje się go ćwiczyć? Wszystko można zepsuć. A ja, odnoszę wrażenie, do czego, jak do czego, ale do tego to akurat talent mam. I to wielki.
Swoją drogą, pisząc tę pracę o Wokulskim i Judymie uświadomiłam sobie, jak bardzo obaj byli do mnie podobni. Albo inaczej – jak bardzo ja jestem do ich obu podobna. Postać przełomu dwóch epok – romantyzmu i pozytywizmu. Jak nic. Tylko w dodatku – o ironio – osadzona na przełomie wieku XX i XXI. W innym przypadku zapewne śmiałabym się do rozpuku. Tylko, że chodzi o mnie. Fachowo to się chyba nazywa hipokryzja? Kolejną swoją wadę odkryłam, żyć nie umierać. Czy ktoś dla równowagi mógłby mi choć parę zalet podać? Dziękuję. Milczenie jest złotem. Powoli zaczynam to rozumieć.
2008-01-04 13:43:32 skomentuj (0)
2008.
Że tak powiem, Hepi Niu Jer. Żeby nie było, że niekulturalna jestem (chociaż jestem) i nie wysyłam życzeń (chociaż nie wysyłam). I w kwestii rozpoczęcia kolejnego roku to by było na tyle. Bez bilansów (nie mam zwyczaju, co roku się przybieram, zaczynam analizować i dostaję histerycznego napadu płaczu, ewentualnie śmiechu, nie wiem, co gorsze), noworocznych postanowień i takich tam. Co z tego, że coś postanowię, kiedy realizację planów zawsze diabli biorą. Zazwyczaj.
Tak więc w kwestii mam/nie mam może być tylko tyle: mam dziś dentystę, nie mam ochoty na nic. O. I, przepraszam za szczerość, chce mi się siusiu, a nie mam ochoty tyłka ruszyć do łazienki, bo tam zimno.
Wczoraj wieczorem sobie uświadomiłam, że osoba, której życzę chyba najlepiej na świecie, ma na nim prawie że najgorzej. I doszłam do wniosku (po raz kolejny), że faktycznie jest tak, że generalnie nie doceniamy tego, co mamy. O sobie mówię, nie żeby ktoś czy coś... Powinnam być w Wawie. Powinnam potrafić pomóc jakoś. Powinnam cokolwiek zrobić, a nie tylko sobie ciągle wyrzucać, że nie mam jak i co. Tylko, że chyba nie potrafię. Za bardzo się boję o porcelanową psychikę Tejże Pani. I o Tę Panią ogólnie chyba też. Do tego stopnia, że pół nocy płakałam wczoraj w poduszkę. Nie rozumiem tego świata. Zdecydowanie nie rozumiem. I nie cierpię bezradności, bezsilności, braku [wszystkiego – refleksja ogólna] i jeszcze paru rzeczy na literę „b”.
Zdumiewające. Nawet śnieg mnie nie cieszy. Normalnie skakałabym z radości. Ale jakoś tak... Nie stresuję się dentystą. Mimo że to nie mój. Chrzanię, mogę się wykrwawić na fotelu. Nie to jest teraz najważniejsze.
W dodatku brakuje mi czasu (ciągle) i wpadam w przedsesyjną paranoję. Jeśli nie psychozę. Aczkolwiek, jeśli by wziąć pod uwagę, że Iza pisała, że umiera, nie pamięta nic z klasycznej i w ogóle, to przynajmniej ma się świadomość, że nie ja jedna. Nie, to nie pociesza. To jest straszne. Bo nie ma w kim szukać oparcia.
2008-01-02 12:05:16 skomentuj (1)
Refleksje poświąteczne.
Wigilia w krzywym zwierciadle. Jak co roku. Chociaż nie... Gorzej. Bo w tym roku był u nas Paweł. Odstawiać szopkę we własnym gronie - dopuszczalne. Jeśli ktos sobie życzy, oczywiście. Ale dać dostęp do niej komuś spoza rodziny... Uch. Bardzo mi przykro, może jestem dziwna, ale dla mnie święta mają wymiar przede wszystkim
sakralny. I chrzanię prezenty, gdzieś mam objadanie się i spędzanie godzin przed pudłem z niebieskim ekranem. Co roku chcę tylko obrzędu, tradycji, a przede wszystkim szacunku do modlitwy. O który z roku na rok w moim rodzinnym gronie coraz trudniej. Niestety. Bardzo przepraszam. Może ja głupia jestem, ale czegoś tu nie rozumiem. Jak się nie chce modlić, to się chyba nie modli? I już, i kropka, i zero pretensji, Państwa wybór. Popłakałam się. Znowu. Nie wytrzymałam. Nerwy puściły. I nici z obietnic, że nie tym razem, że dość już tej niezbyt stosownej, w odniesieniu do charakteru Świąt Bożego Narodzenia, tradycji, że dość płaczu, omdleń i całego tego niepotrzebnego stresu i robienia szumu wokół siebie. Bo nie ja mam w te dni przykuwać uwagę. W żaden sposób. Z żadnego powodu. Nawet niezamierzenie. Po raz kolejny spotkałam się z brakiem zrozumienia. Z roku na rok jest coraz gorzej. To przykre. Mam wrażenie, jakbym żyła we własnym świecie, jakby nikomu już naprawdę nie zależało na tym, na czym powinno zależeć, jakby te święta naprawdę straciły swój sens i wiązały się tylko z gonitwą za prezentami, próbą wzajemnego prześcignięcia się w kwocie, jaką się na nie wydaje (ach! przecież X nie może dostać ode mnie tańszego prezentu niż ten, który szykuje mu Y) i niezbyt przyjemnym stresem, gonitwą z czasem i walką ze zmęczeniem związanym ze świątecznymi przygotowaniami. Jakby nie można było chociaż "generalnych porządków" przeprowadzić, powiedzmy, chociażby miesiąc wcześniej. Nie byłoby łatwiej? Ale ścigajmy się i licytujmy, jeśli tylko chcemy. Byle byśmy nie zapomnieli o samej I S T O C I E świąt.
2007-12-27 20:09:26 skomentuj (1)
S jak sesja.
Świąteczna gorączka mnie w tym roku nie dopadła. Nie miała kiedy. Sama z trudem uporałam się z brakiem czasu, a co dopiero ona...
Ostatnimi czasy moje życie ograniczało się do przygotowywania na zajęcia. Szczególnie te z literatury klasycznej i HLP. Teraz mam ferie. Chciałabym móc powiedzieć, że coś się w tej materii zmieni w związku z tym, ale...
Chciałabym. Dobre słowo. Odpowiednie. Bo jak mogłabym sobie dać spokój, kiedy egzamin z klasycznej, kolokwium z angielskiego i łaciny, do tego praca na poetykę. Bardzo mi przykro, nie rozumiem poezji. Jestem w stanie powiedzieć, jak ją czuję, ewentualnie napisać analizę, ale nie czuję się na siłach, żeby brać się za interpretację. A muszę. Na dodatek - o ironio - Szanowny Pan Nowak Tadeusz nijak do mnie w swoim "Psalmie o wodach i borach" nie przemawia. Ba, radosna twórczość tegoż Pana wydaje mi się jakby troszkę płytka, a rymy przypominają częstochowskie. Nie piszę tego dlatego, że chciałabym kogoś urazić. Bynajmniej. Najzwyczajniej w świecie stara się wszystkich uświadomić, że nie jestem na tyle kompetentna, żeby napisać jakąś logiczną, mająca odzwierciedlenie w rzeczywistym zamyśle autora, interpretację. Ale co poradzić, napisać i tak będę musiała, prawo dżungli.
Z bliżej nieznanych sobie przyczyn zgłosiłam bloga do konkursu Blog Roku 2007. Prawdopodobnie chodziło mi o to, żeby w jakimś stopniu się dowartościować. W związku z powyższym musiałam zdjąć hasło. To tak uprzedzając zapytania.
2007-12-22 16:43:46 skomentuj (0)
Like always.
Aktualnie mam fisia na punkcie wiatraczków holenderskich w czekoladzie (mniam!). Cóż za ironia losu. W perspektywie - dentysta. Pojutrze. Heh, uwielbiam, nie powiem. Przedtem muszę sobie jeszcze zdjęcie zęba zafundować. Uhm.
Przekonałam się, że nie mam co robić w Media Markt. Faktycznie "nie dla idiotów". A ja, ciapa, przechodziłam przez bramkę niewiadomoile razy, zabrali mi torbę i w ogóle, bo nie zauważyłam zabezpieczeń na telefonie, który nabyłam (doprecyzowując: Rysiek naył) w tymże właśnie sklepie dwa dni wcześniej, podczas otwarcia. Nie ma to jak inteligencja, nie ma co.
Nadal słaniam się na nogach, w głowie mi się kręci, mam wrażenie, że zemdleję. Sporo czasu już tak... Obiecuję sobie, że w końcu pójdę do tego nieszczęsnego lekarza i poproszę o skierowanie. Ale póki co ważniejsze rzeczy mam na głowie.
Ciekawe, czy zaliczę pierwszą w życiu wejściówkę?
2007-12-09 19:15:23 skomentuj (1)
Life is life.
Zdumiewające, ile jest w stanie pomieścić ludzka pamięć. Ostatnio dużo wspominam. I analizuję. Uświadomiłam sobie, że pamiętam każde słowo, uśmiech i gest Marcina. Kamila. Sary. Inesski. Inna sprawa, że pewnie lepiej by było, gdybym część z nich zapomniała. Lepiej? Łatwiej - to na pewno.
Najzwyczajniej w świecie jestem sentymentalna. Coraz bardziej zdaję sobie z tego sprawę. Wieczorami miewam napady tęsknienia. Regularne dość.
Gdybym chociaż wiedziała, że wolno mi tęsknić...
Kto by pomyślał, że taka głupia praca wakacyjna tak mnie pochłonie, że miesiącami będę tęsknić, że będę chciała wrócić i w ogóle. Ale mam świadomość, że mi nie wolno. Inna rzeczywistość. Prawo dżungli. Mam studiować i już. Nie wiem, co by mi zrobiła mama, gdybym rzuciła hasło, że teraz przerwę studia. Nawet nie chcę o tym myśleć.
Brak mi spontaniczności. I momentów, w których mogłabym się zaśmiewać do łez. Nigdy nie było ich za dużo, ale przynajmniej się zdarzały. Niech coś się wreszcie zacznie dziać, niech się ludzie śmieją, nawet ze mnie, ale niech zacznie być wesoło. Bo powoli zabijają mnie rozmowy o tym, co, ile i na kiedy przeczytać. Własne lenistwo i brak systematyczności też mnie wykańczają, ale to inna historia.
Żałuję, że przestałam pisać. Miałabym za czym się schować przynajmniej. A na Forum Prozatorskie, mimo usilnych prób, wrócić nie potrafię na stałe. Nie ci ludzie, nie te tematy, teksty też inne, za dobre, ja się najzwyczajniej nie znam, nie pasuję tam. Szkoda. Bo mam ekstremalny głód na czytanie czegoś, co nie jest wymagane na zajęcia i nie jest słownikiem.
Olejek zapachowy "zielone jabłuszko", kadzidełka "Vitality", "Dilmah Brandy Spice". Dookreślenie i inspirację próbuję znaleźć w muzyce. Marnie mi to jakoś ostatnio wychodzi. Jak wszystko.
Potrzebuję porządnego kopa. Takiego motywującego. Żeby to wszystko mieć siłę ciągnąć jakoś.
___________________
Czytałam ostatnio o usuwaniu treści archiwum bloga. I z ciekawości zaczęłam przeglądać swoje. Ubawiłam się. Ale przynajmniej doszłam do jednego wniosku: bez wątpienia dojrzałam przez te trzy lata. I zmądrzałam też. Trochę.
2007-12-03 13:40:16 skomentuj (0)